Strach przed wścieklizną groźniejszy niż sama choroba
Strach przed wścieklizną groźniejszy niż sama choroba. Od tysiącleci wścieklizna spowija ludzkość mrocznym, przerażającym cieniem. Już w starożytnym Babilonie (2300 p.n.e.) i Indiach (3000 p.n.e.) ugryzienie przez wściekłe zwierzę niemalże zwiastowało nieuchronną, okrutną śmierć. Ten głęboko zakorzeniony strach odcisnął swoje piętno na języku (łacińskie rabies, zdaje się wywodzić z sanskryckiego rabhas – „powodować szał”; greckie lyssa lub lytta oznacza „szaleństwo”), jak również na praktykach kulturowych i rytuałach leczenia – od kauteryzacji ran po stosowanie „kamieni szaleństwa”.
Objawy choroby, takie jak wodowstręt, gwałtowna agresja, dezorientacja, halucynacje, a w końcu paraliż i zgon, jedynie wzmacniały ten lęk, czyniąc ją jedną z najbardziej budzących grozę dolegliwości w dziejach medycyny.
Jednakże historia wścieklizny odsłania zaskakujący paradoks: często to nie sama choroba okazywała się najstraszniejsza, lecz reakcje społeczeństw na jej widmo – nierzadko nacechowane histerią, okrucieństwem i irracjonalnymi decyzjami. W niniejszym artykule zbadamy, w jaki sposób ten głęboko zakorzeniony strach prowadził do masowego i nieuzasadnionego uśmiercania psów – zarówno w Anglii, jak i w Polsce – oraz dlaczego ten paniczny odruch, mimo postępu naukowego i znikomego realnego zagrożenia, wciąż znajduje swoje odbicie we współczesności.
Wiedza kontra histeria
Przełom nastąpił w XIX wieku, kiedy Louis Pasteur opracował pierwszą skuteczną szczepionkę przeciwko wściekliźnie. Uratowanie życia Josepha Meistera w 1885 roku dało nadzieję i rozpoczęło nową erę medycyny prewencyjnej. Teoretycznie choroba przestała być wyrokiem śmierci, a jednak społeczny lęk nie zniknął. Przeciwnie – mimo dostępności szczepionki i znacznego ograniczenia przypadków wścieklizny, reakcje wielu krajów nadal opierały się bardziej na emocjach niż dowodach naukowych.
Brak rzetelnych testów diagnostycznych aż do XX wieku sprawiał, że wiele przypadków błędnie klasyfikowano jako wściekliznę. W XVIII i XIX wieku niemal każde agresywne zachowanie psa – niezależnie od jego źródła – było traktowane jako dowód choroby. Skutkowało to panicznymi reakcjami i publicznymi egzekucjami zwierząt, często zdrowych i spokojnych.
Wojna z psami – Londyn 1760
Jednym z najbardziej wymownych przykładów zbiorowej histerii była tzw. „rzeź psów” w Londynie w 1760 roku. Władze miejskie, w odpowiedzi na rzekomą epidemię, nakazały eksterminację wszystkich psów włóczących się po ulicach. Mieszkańcom oferowano nagrody za każde zabite zwierzę.
Rozpętała się brutalna kampania: psy były pałowane, topione, a nawet rozjeżdżane w biały dzień. Świadkami tych scen były również dzieci. W zaledwie kilka tygodni zabito tysiące czworonogów, często należących do rodzin i zupełnie zdrowych. Miłośnik psów, pisarz i antykwariusz Horace Walpole opisał rzeź, której był świadkiem w pierwszym tygodniu odstrzału, w liście do przyjaciela:
Ulice są obrazem mordu niewiniątek – Nie przejeżdża się po niczym, tylko po biednych martwych psach! Kochane, dobroduszne, uczciwe, rozsądne stworzenia! Chryste! Jak ktoś może je skrzywdzić?
Co istotne, akcja spotkała się z ostrą krytyką – londyńscy pisarze, artyści i zwykli mieszkańcy protestowali przeciwko okrucieństwu. Satyryczne ryciny, listy do gazet i publiczne oburzenie ukazywały, że rośnie świadomość praw zwierząt i sprzeciw wobec bezrefleksyjnego zabijania. Niemniej, masowe egzekucje przeniesiono po prostu „za zamknięte drzwi” – poza zasięg oczu opinii publicznej.
Strach przed wścieklizną groźniejszy niż sama choroba
Polska: Wścieklizna jako pretekst do przemocy?
Także w Polsce nie brakowało podobnych zjawisk. Szczególnie w XX wieku władze lokalne chętnie sięgały po „stan zagrożenia wścieklizną” jako pretekst do wprowadzenia masowych odstrzałów bezdomnych psów, wyłapywania ich z ulic oraz rozstrzygania niejasnych przypadków ugryzień na niekorzyść zwierząt.
Brak możliwości szybkiego i pewnego potwierdzenia choroby w praktyce oznaczał jedno – pies, na którego padło podejrzenie, był automatycznie skazywany na śmierć.
Do dziś zdarzają się sytuacje, w których podejrzenie wścieklizny prowadzi do eutanazji. Czasem wystarczy, że pies ugryzł człowieka – choćby w wyniku prowokacji, obrony własnej lub w zabawie – by znalazł się na „czarnej liście”. Zwierzę zostaje odebrane opiekunowi i poddane procedurze, która często kończy się jego śmiercią, mimo że badania mogą później nie wykazać żadnych śladów wirusa.
Szczepienia – profilaktyka czy relikt strachu?
Polska wciąż utrzymuje obowiązek corocznych szczepień psów przeciwko wściekliźnie – mimo że w wielu krajach Unii Europejskiej przyjęto bardziej zrównoważony model, zakładający szczepienia co dwa lub trzy lata, w zależności od rodzaju zastosowanej szczepionki oraz lokalnego ryzyka.
Coraz trudniej jednak znaleźć przekonujące argumenty za tak restrykcyjnym podejściem. Prawdziwe przypadki wścieklizny u psów należą dziś do rzadkości, a większość ognisk choroby dotyczy dzikich zwierząt – przede wszystkim lisów. Brakuje też elastyczności w stosowaniu przepisów: opiekunowie narażeni są na mandaty i kary administracyjne nawet za jednodniowe opóźnienie w wykonaniu szczepienia.
Tym bardziej niepokoi fakt, że za obowiązkiem szczepień nie idzie odpowiednia edukacja. Wielu opiekunów nie rozumie, dlaczego co roku muszą szczepić swoje psy, zwłaszcza przy braku realnego zagrożenia. Dodatkowym paradoksem jest sytuacja, w której nawet pies wielokrotnie szczepiony – nierzadko kilkanaście razy w życiu – po incydencie pogryzienia człowieka kierowany jest na obowiązkową, 15-dniową obserwację.
Obowiązek ten wynika z rozporządzenia Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z 7 stycznia 2005 r. w sprawie zwalczania wścieklizny. Zgodnie z tym aktem prawnym, po zgłoszeniu podejrzenia choroby powiatowy lekarz weterynarii nakazuje niezwłoczne odosobnienie zwierzęcia oraz przeprowadzenie dwutygodniowej obserwacji w celu potwierdzenia lub wykluczenia zakażenia. Czyżby więc sama administracja weterynaryjna nie ufała skuteczności corocznych szczepień?
Temat wścieklizy w książce Marcina Wilka "Lepszy Gatunek"
„Z wścieklizną walczono na mocy rozporządzeń przedwojennych, co jednak sprzyjało wielu nadużyciom. Zamiast psów rzeczywiście zarażonych niejednokrotnie zabijano wszystkie psy w danej gminie lub mieście (co nie skutkowało zresztą likwidacją problemu wścieklizny). Problematyczne było również podawanie zbyt silnych dawek szczepionki. Efektem były porażenia poszczepienne, które niejednokrotnie prowadziły do konieczności zabicia zwierząt.
Jak pisze Dariusz Jarosz, zwierzęta wałęsające bezpańskie w rejonach zagrożonych należało schwytać. Stwierdzano jednak, że organa gminne (miejskie), mające za zadanie wychwytywanie i likwidację psów wałęsających się, w wielu wypadkach zbyt daleko posuwały się w gorliwości, zabierając je z miejsc ogrodzonych, zamkniętych, z rąk właścicieli itp. […] Również przetrzymywanie i sposób likwidacji psów jest brutalny, urągający wszelkim zasadom humanitarnym.
Zalecano więc, aby ich wyłapywanie odbywało się do godziny ósmej rano, ponieważ wtedy na ulicy znajdują się głównie psy bezpańskie stanowiące najpoważniejsze źródło szerzenia się wścieklizny w danej miejscowości. Psów ze szczelnie zamkniętych (ogrodzonych) zagród nie należało uważać za wałęsające się. Zwierzęta schwytane winny być przetrzymywane w zakładzie utylizacyjnym, rakarni czy u właściciela przez trzy dni. Te, które w tym czasie nie zostały „uwolnione przez właściwy urząd”, powinny zostać zgładzone, miejscowościach zelektryfikowanych wyłącznie prądem elektrycznym, a w innych – z zachowaniem przepisów Rozporządzenia Prezydenta RP z dnia 2 marca 1928 roku o ochronie zwierząt (Dz.U. nr 36, poz. 33). (…) Jarosz zauważa, że „szczególnie gorliwymi wrogami zarówno wałęsających się psów, jak i tych specjalnie szkolonych do kłusownictwa byli myśliwi„. Ci sami, którzy w innych sytuacjach tak chętnie używali psów do pracy. Marcin Wilk „Lepszy Gatunek” str. 142 (Wyd.1)
to nie psy są winne – to nasz strach, który zabija
Historia wścieklizny pokazuje jedno: prawdziwym zagrożeniem nie była sama choroba, lecz społeczna panika, ignorancja i uprzedzenia. Dziś, w dobie nowoczesnej diagnostyki, powszechnych szczepień i środków zapobiegawczych, nadal skazujemy psy na śmierć i cierpienie.
Coroczne szczepienie każdego psa, niezależnie od jego stylu życia, wieku czy statusu zdrowotnego, wciąż wydaje się być formą rytualnej pokuty – nie za ochronę, lecz za strach. Strach, który już dawno przestał być racjonalny, ale którego skutki nadal ponoszą niewinne zwierzęta.
To najwyższy czas, by przestać mścić się na psach za nasze własne lęki. Zamiast nakazów i egzekucji – potrzebujemy edukacji, nauki i empatii. Bo to nie psy są zagrożeniem. To ludzki strach bywa śmiertelny.
Zapraszamy na naszą stronę: Poradnik Weterynaryjny z informacjami na temat zdrowia psów i kotów. Zapisując się na nasz biuletyn otrzymasz przydatne porady prosto do skrzynki mailowej.
Wesprzyj nasze działania wpłacając darowiznę lub przekaż 1,5% podatku.
Dziękujemy!

